Podarowali życie

  • poniedziałek, Mar 07 2016
  • Napisane przez  Marzena Miśkiewicz
  • wielkość czcionki zmniejsz wielkość czcionki powiększ czcionkę
Anna Kopeć wraz z mężem ryzykowali swoje życie, aby uratować żydowską rodzinę. Za to zostali docenieni medalem „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” Anna Kopeć wraz z mężem ryzykowali swoje życie, aby uratować żydowską rodzinę. Za to zostali docenieni medalem „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” fot. Marzena Miśkiewicz

Ponad siedemdziesiąt lat temu Anna i Stanisław Kopciowie ukryli w swoim domu żydowską rodzinę. Robili wszystko, by ocalić ich przed nazistami, mając świadomość, że narażają swoje życie.

Anna Kopeć urodziła się w 1920 roku. Dzieciństwo i lata młodości spędziła w Bieździedzy. Do Sowiny przeprowadziła się z mężem Stanisławem i niespełna roczną córką Jadwigą w 1939 roku. Utrzymywali się z rolnictwa. – Pobraliśmy się, on poszedł na ćwiczenia do Stanisławowa, wrócił, dziecko się urodziło i na galop chrzciliśmy w kościele w Bieździedzy. Tyle co zamieszkaliśmy w Sowinie, to mąż poszedł na wojnę – wspomina 96-letnia Anna Kopeć.

W trakcie wojny Stanisław brał udział w obronie Lwowa. Udało mu się uciec z transportu, prawdopodobnie do Katynia. Do Sowiny wrócił pieszo.

Znalazł życzliwych

W 1940 roku zaczęły się masowe aresztowania i mordy Żydów. W Sowinie mieszkały dwie rodziny żydowskie. Kopciowie dobrze znali się z rodziną Kruegerów. Joachim Abraham Krueger, zwany przez miejscowych „Zyziek” prowadził sklep w centrum miejscowości.

Wiodący spokojne życie Kruegerowie wiosną 1940 roku zostali zmuszeni do przeniesienia się ze swojego małego gospodarstwa do getta w Kołaczycach.– Poszłam raz z Sowiny do Kołaczyc, idę z rynku, a tu od Bieździedzy idzie pełno ludzi. Stanęłam i patrzę. Wtedy pierwszy raz widziałam jak Niemcy prowadzili Żydów od Bieździedzy do Kołaczyc. Przestraszyłam się i uciekłam do domu. Gadam mężowi, co się dzieje, że Żydów Niemcy gnali. Oni tak żyli między ludźmi jak my, gospodarzyli. Zawsze sobie myślę, czemu nie uciekali? Dla mnie to dziwne – zastanawia się pani Anna.

Kruegerom udało się uciec do lasu. Widzieli jak ich krewnych oraz wielu innych Żydów Niemcy pakowali do ciężarówek i wywozili do lasu za miastem, gdzie zostali zabici i pochowani w zbiorowej mogile. Abraham Krueger chciał ocalić swoją rodzinę i potrzebował schronienia dla żony Helen i siedmiorga dzieci: Anny, Sally, Mary, Thelmy, Henryego, Jean i Edith. Tuż przed wybuchem wojny Joachim wysłał jedną z córek Ruth do USA. Mężczyzna postanowił rozdzielić swoją rodzinę i znalazł życzliwych ludzi, którzy im pomogli.

Jedną z tych rodzin byli Anna i Stanisław Kopciowie, którzy nie zawahali się, choć wiedzieli, co może im za to grozić. – Wieczorem ktoś puka, patrzymy, a to Zyziek z dziećmi. Mąż wyszedł i mówi zamykaj okna, załóż zasłonki, bo mamy gości. Mam chleb, mleko, przyszły głodne, to jak to nie dam zjeść. Wszystkie nie mogły tu być, bo za dużo byłoby nas w jednym domu – opowiada.

Joachim i Henry ukrywali się na strychu ich domu aż do zakończenia wojny. Stanisław wybudował dla nich małą kryjówkę. Żona Joachima Helen z najmłodszą córką Edith mieszkała u Stasiowskich. Jean i Thelma ukrywały się u Hendzlów, Anna wędrowała od rodziny do rodziny, a Sally i Mary ukrywały się w domach różnych sąsiadów, w tym m.in. u Anny i Stanisława Kopciów.

– W dzień był u nas, a nocami chodził i odwiedzał wszystkie dzieci i szukał miejsca dla nich. Często zmieniał miejsca ich ukrycia. Do nas najwięcej przychodziła Salcia. Piekłam chleb dla nich, a on zanosił dzieciom. Człowiek nie miałby litości, żeby nie dać im zjeść – dodaje.

Ryzykowali życie

Każda z tych rodzin, która ukrywała Żydów, codziennie ryzykowała swoim życiem. Wiedzieli, że schwytanie oznacza wyrok śmierci dla nich i Kruegerów. Tym bardziej, że Niemcy stacjonowali nieopodal domu Kopciów.

Do tego ludzie donosili Niemcom, że u Kopciów przebywają Żydzi. Niemcy często ich odwiedzali, ale pani Anna częstowała ich tym, co miała i przez to ulgowo na nich patrzyli. – Ugotowałam paciarę. Nasypałam mężowi na talerz, a tu wchodzi Niemiec, nogi mi zatrzęsło i pyta się, co on je. Mówię, że budyń, a on, że też by zjadł. Ale zanim zjadł kazał mi spróbować. Ujrzał nasze dzieci Jadzię i Miecia, wyjął zdjęcie i pokazał swoje dzieci, żonę. Leciały mu łzy. Pomyślałam, że on też nie pragnie tu być na wojnie. Pyta czy może przyjść jutro i czy dam mu mleka. Mówię, że tak. Choć to był wróg, ale ładnie się odnosił – wspomina. Potem często do nich przychodził razem z kolegą. Gdy nie miała skąd wziąć ubrań dla dzieci na zimę, przynieśli pani Annie dużo onucy (kawałek tkaniny lnianej lub bawełnianej flaneli używany przez żołnierzy zamiast skarpet – przyp. red.), z których uszyła dzieciom koszulki. – Chcieli mi dać maszynkę do mięsa. Niemcy byli dobrzy i źli. Nie spotkaliśmy się, tu zginęli. Dzieci wypatrywały ojca, a on tu zginął w obcym kraju. Nie przyznałam im się, nic nie wiedzieli.

Innym razem przyszedł do nich Polak z posterunku niemieckiej policji, którego wysłano, by sprawdził, czy są u nich Żydzi. – Piekłam prozioki na blasze, dym zaczął lecieć, otworzyłam drzwi i krzyknęłam. Mąż trzymał dziecko na kolanach mówię popatrz do okna, a u nas były Salcia i Marysia i czekały na placki, bo ojciec ich przyprowadził. Ojciec wyszedł do sieni, a tu szedł ten policjant. Mąż wyszedł do sieni, przytrzymał drzwi i dziewczynki przeleciały do stajni. On widział je przez szparę i zaczął krzyczeć. Nagotowałam jaj, zrobiłam herbaty, dałam chleba z masłem. Najadł się i poszedł. Przed wyjściem powiedział tylko, żebyśmy uważali, bo mamy małe dzieci i donieśli na nas. Nie wydał nas – dodaje.

Takich wizyt mieli dużo, ale zawsze udawało im się wyjść z opresji. Nigdy nikogo nie wydali.

Zamordowani w domu

W czasie wojny Anna urodziła dwójkę dzieci. Mimo trudnej sytuacji materialnej, Kopciowie dzielili się z Kruegerami tym co mieli. Gdy w obawie przed wysiedleniami, Kopciowie na tydzień przenieśli się do pobliskiego lasu, Kruegerowie ukrywali się razem z nimi.

– Nieraz chowaliśmy się w lesie. Jak dowiedzieliśmy się, że Niemcy jadą, to uciekaliśmy do lasu, nawet krowy wzięliśmy. Moja córka Jadwiga nosiła im w koszyczku jedzenie do lasu. Nauczyłam ją, że jak będzie się ktoś pytał, to ma powiedzieć, że to dla taty – dodaje.

Dzięki pomocy wielu życzliwych ludzi Kruegerom udało się przetrwać wojnę. Jednak gdy Joachim i Henry wrócili w czerwcu 1945 roku do swojego domu w bestialski sposób zostali zamordowani. – Nie wiem kto to zrobił, ale ludzie mówili, że przyjechali jacyś bandyci i ich zastrzelili. Dobrze, że córki nie poszły, bo wszystkich by zabili. Że ta owsianka nie mogła tego szkuta zatrzymać tu w moim domu. Córka Hania nie dała rady słowa powiedzieć, że zabili ojca. Nie powiedziała słowa, bała się do domu wejść. Co oni też przeżyli. Niemców nie było, zagrożenia nie było – zaznacza Anna Kopeć. Jak wieść gminna niesie, ludzie mieli długi u Kruegera, a jakby przeżył, to trzeba byłoby je oddać. Nie chcieli ich spłacać, więc nasłali na nich bandytów. Natomiast żona Joachima Helen została zabita na roli u państwa Gozdeckich. Z całej rodziny przeżyły córki. Jeszcze w czasie wojny Sally i Mary pojechały za Polki na przymusowe roboty do Niemiec. Nikt nie wiedział, że są Żydówkami. – Tam Marysia poznała Amerykanina, wyszła za mąż i wyjechali do Ameryki. Salcia również. Miały do kogo jechać, bo tam mieszkała ich siostra – opowiada. Edith, Sally, Jean i Thelma również wyjechały do Stanów Zjednoczonych. Wszystkie siostry spotkały się ponownie w 1947 r.

Spotkanie po latach

Przez wiele lat Anna Kopeć nie miała kontaktu z uratowanymi Żydówkami. Dopiero kuzyn Kruegerów nawiązał z nią kontakt. W 2002 roku pani Anna wraz z wnuczką pojechała do USA spotkać się z córkami Kruegerów i ich rodzinami.

Natomiast w 2003 roku Anna i Stanisław Kopciowie zostali odznaczeni medalem „Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata” przyznanym przez Instytut Yad Vashem w Jerozolimie, w dowód uznania, że z narażeniem własnego życia ratowali Żydów prześladowanych w latach okupacji hitlerowskiej. – O nagrodzie nikt nie myślał, patrzył tylko żeby wychować dzieci, żeby to się skończyło. Nie można było patrzeć na tę biedę. To nie było takie proste. Nieraz jak nie mogę spać, to mi się to przypomina. To były trudne czasy, ale jak mieliśmy im nie pomóc – stwierdza.

Marzena Miskiewicz/Nowe Podkarpacie

Tekst ukazał się w numerze 9 Tygodnika Regionalnego Nowe Podkarpacie z dnia 2 marca br.

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Opublikowano w Ludzie i miejsca

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Nowości



DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd